Ostatnia aktualizacja: 4 listopada 2001
Autor: Kastor Krieg
Tupot nóg, wyraźnie słyszalny na nieco grząskim od wciąż padającego deszczu gruncie złomowiska, wyrwał Tysiąc-Kuponów z odrętwienia. Ktoś biegł, wprost ku przyczepie starego Theurge. Chwilę później, nie pukając, do przyczepy wparował zaaferowany Cliath, przezywany Upadło-Niech-Leży. Młodzik rozejrzał się już nieco spokojniej, usiłując złapać oddech i skupić myśli. Prowadzony cały czas uważnym wzrokiem starca speszył się i cofnął do niewielkiego przedsionka. Zdjąwszy buty uprzątnął naniesione błoto i dopiero wtedy wszedł ponownie. Wiedział dobrze, ze gdy już ktoś zadbał o porządek, a zwłaszcza Starszy, i życzył sobie by to szanować, tak właśnie wypadało czynić. Ta prosta lekcja kosztowała go dwa dni bólu ucha, po tym jak jedna z Babć przyłapała go na podlepianiu gumy do żucia pod jej bujany fotel. Usiadł zatem spokojnie przed starcem, moszcząc się wygodnie na miękkim dywaniku z wciąż dyndającą u krawędzi metką. Siedział kilka minut w ciszy, wyczekując.
- A więc, cóżeś takiego ujrzał, prawnuku? - Starszy musiał potwierdzić, że w ogóle ma ochotę i czas na rozmowę. Przyjęło się, że po prostu odzywał się jako pierwszy, po chwili ciszy - Cóż takiego przygnać cię mogło, w pogodę taką jak ta? - zapytał Tysiąc-Kuponów, wskazując dłonią niewielkie okno o zdobionej glifami framudze, drugą zaś podając Cliathowi jakiś względnie suchy ręcznik. Chłopak przyjął ręcznik z uśmiechem wdzięczności. Zacząwszy wycierać włosy, mówił...
* * *
Dziś, jak codzień, wybrałem się na zwykły obchód dzielnicy. Jak zawsze poruszałem się po mieście w najwygodniejszej postaci, upodobniając się do sporego kundla. Już od kilku ładnych godzin kręciłem się wokół Placu Targowego, gdy naraz ujrzałem postawnego mężczyznę w staromodnym garniturze wchodzącego w ciemny zaułek. Ciemne chmury nad miastem dopiero zwiastowały nadchodzącą ulewę, chwilowo jedynie lekko przesłaniając zachodzące słońce. Oprócz zwykłego zapachu, miał w sobie coś jeszcze, coś co nazwać by można niesamowitym poczuciem obecności. On tam był, ale zdawał się "być" znacznie bardziej wymownie i znacząco, niż pozostali mijający nas ludzie.
Zbliżyłem się do zaułka, by móc się lepiej przyjrzeć nieznajomemu, wtedy też i on mnie zauważył, ale teraz nie sądzę by mógł jeszcze kiedyś rozpoznać. Wpierw zadrżałem pod jego przelotnym spojrzeniem, sądząc że to jeden ze Spokrewnionych odwiedził moje tereny, ale otrząsnąłem się, zauważając, że ostatnie promienie, padające na jego twarz, nie zrobiły na nim żadnego wrażenia. Elegancko ubrany, dość wysoki, szczupły brunet, trzymający w ubranych w skórzane rękawiczki dłoniach niewielki podróżny neseser, od razu mnie zaintrygował. Wiedziałem ze ta okolica to terytorium Zbieraczy, poszedłem wiec za nim do ślepego zaułka, by nie Zebrano z niego stroju i zapewne wartościowego nesesera. Nieznajomy nieznajomym, ale ten był gościem na moim terenie i dopilnowanie jego bezpieczeństwa było niejako moim obowiązkiem.
Gdy jednak wkroczyłem między budynki, przystanąłem aż, tak mnie zaskoczył widok absolutnie pustego, jeśli nie liczyć kilku kartonów i kontenera, zaułka. Mój elegancki gość wyparował. Nie zniknęło jednak to niesamowicie wyraźne wrażenie obecności, więcej nawet, jego zniknięcie uwypukliło moje odczucia.
Gdzieś tam był, mimo że nie byłem w stanie go zauważyć, ani wywęszyć. To całe "wrażenie" nie skupiało się na jednym punkcie zaułka, ani nie rozpraszało nań, ale zdawało się krążyć wokół mnie w obrębie otaczających ścian. Wtem zniknęło, tak mocno i wyraźnie odczułem jego brak, jak przedtem mogłem odczuwać obecność.
Dopiero gdy teraz o tym myślę, zdaje sobie sprawę, ze mógł po prostu przejść do Lustrzanego Świata, ale z drugiej strony mało kto robi to w samym środku miasta, nieprawdaż? To zbyt trudne, nazbyt łatwo zaplątać się można w pajęczynę Tkaczki.
Przez chwilę zastanawiałem się nad tym, kogóż to mogłem przed chwilą ujrzeć. Jedna myśl nie dawała mi przez cały czas spokoju. Nie mogłem skojarzyć z nim żadnego konkretnego zapachu. Zupełnie jakby... Nie pachniał? To bzdura. Wszystko, przecież, ma swoją woń!
* * *
Starszy uśmiechnął się wyrozumiale, ale nie przerywał. Podał tylko rozemocjonowanemu Cliathowi szklankę wody dając mu chwilę wytchnienia w potoku słów. Ten, skończywszy pić, spojrzał pytająco na Tysiąc-Kuponów. Ujrzawszy jego uśmiech i przyzwalające skinienie głowy, kontynuował...
* * *
Wtedy właśnie poczułem znów jego obecność. Nie przy sobie, ale w pewnej odległości, choć wciąż nieopodal. Jakby... Ponad mną? Na dachach?
Nie mogąc się powstrzymać od wyjaśnienia tej wątpliwości jąłem się wspinać na schody przeciwpożarowe zawieszone przy jednej ze ścian. Dotarłszy na górę ujrzałem zawaloną różnymi śmieciami i zamiataną podmuchami wiatru przestrzeń dachu. Spokojnym, powolnym krokiem przemierzyłem ponad połowę drogi ku przeciwległej krawędzi, gdy za sobą usłyszałem głuchy, nienawistny warkot. Powoli, niejako z namysłem, odwróciłem najpierw głowę, potem zaś korpus. Kawałek za mną kroczył wielki, żylasty hispo. Cały w bieli, stał przede mną obnażając kły, a słońce chowało się za jego plecami za horyzont krawędzi dachu. Być może sprawiła to czerwona poświata zachodu, ale jego łapy zdawały się być skąpane we krwi...
Wiem, to groteskowe i wyświechtane porównanie, ale jego ślepia... Płonęły. Nie, nie śmiej się, proszę Starszy. Doprawdy, był w nich ogień. Bałem się, bałem się jak nigdy. Zdawało mi się że, gdyby zechciał, mógłby mnie podpalić samym spojrzeniem.
Nie wiem, nie pamiętam po prostu, jak zszedłem z dachu, ani jaką drogą opuściłem dzielnicę targową, ale wiem jedno. Ostatni raz tak wiałem, gdy nieopatrznie wszedłem w domenę Athro Czerwonych Szponów...
* * *
- Nasz Galliard nie zmyśla, Starszy - naraz w przyczepie rozbrzmiał inny głos. Miękki, ciepły i... kobiecy. Choć podszyty jakąś nutką ironii i sarkazmu, niejako wbrew właścicielce zabrzmiał sympatycznie i powabnie - Bądź co bądź, nie tym razem.
Z cienia przedpokoju wynurzyła się niewysoka, lecz smukła, sylwetka Ciernistej, zrodzonej podczas Nowiu. Oparła się o ścianę, przyglądając się z figlarnym uśmiechem wyraźnemu zmieszaniu młodszego Galliarda.
- Ja także widziałam Krew-Na-Jego-Dłoniach, choć było to już bardzo dawno temu. Nie sądziłam, by jeszcze polował w tamtych okolicach. Byłam jeszcze szczenięciem, gdy ujrzałam go po raz pierwszy...
* * *
Do dziś nie wiem o nim nic, poza plemiennym imieniem i mglistymi wspomnieniami wyglądu. Teraz dopiero kojarzę, że również były to okolice dzielnicy targowej. To był jeden z najważniejszych dni mego życia. Dzień Rytuału Przejścia. Było mgliście i mokro. Ten listopadowy poranek, mimo fatalnej pogody, zdawał się promienieć jakąś niesamowitą aurą. Sami znacie dobrze to uczucie. Zdaje się naraz, że w nadchodzącym teście pomagać wam będą ściany i ulice, a jednocześnie że będzie to zadanie, któremu podołać trzeba będzie samodzielnie. Może sprawiają to opiekuńcze duchy miasta, a może to tylko ułudy nabrzmiałego marzeniami umysłu szczenięcia?
Jakkolwiek by nie było, w takim właśnie stanie umysłu trafiłam na Plac Targowy. Jedyne co, oficjalnie, miałam za zadanie, to wywęszyć drogę do zakopanego swetra jednego z Krewniaków i odnieść go do caernu na znak wykonania zadania. Banał, zwłaszcza skoro pozwolono mi tam pobiec w formie wilka, nieprawdaż? Tak też i mi się wydawało, póki nie dotarłam na Plac. Okazało się, że owszem, wiem gdzie jest sweter, ale otoczony jest ludźmi, zamknięty w jednej ze skrzyń w magazynie nieopodal placu. Nic to, pomyślałam, i nuże obchodzić magazyn w poszukiwaniu jakiegoś bocznego wejścia. Jak już się tam wślizgnę, kombinowałam, to powinno pójść jak z płatka, byleby się nie dać złapać. Potem tylko cap za ciuch i pryskam do caernu.
Już chwilę potem okazało się, że nie ma tak łatwo. W pół okrążenia magazynu drogę zastąpił mi chuderlawy człowiek w garniturze. Cuchnął okrutnie, na wpół rybą, na wpół zepsutym mięsem. To nie był jego zapach, nie był brudny, wręcz przeciwnie, zdawał się dbać przesadnie o higienę, jakby usiłował coś z siebie zmyć. To było raczej... W nim. Dziś z pewnością stwierdziłabym, że cuchnął Jaszczurem W Trzech Postaciach, ale wtedy... Wtedy po prostu mnie przestraszył.
"Dokąd to, panienko?", zapytał, a ja, durna, nie zauważyłam że odezwał się do mnie jak do człowieka, a nie wilka. Warknęłam tylko ostrzegawczo, w odpowiedzi na co tamten wydał z siebie jakiś nieartykułowany syk, po czym zachichotał sam do siebie, śliniąc się obrzydliwie. "Śliczny szczeniaczek, no, podejdźże tu na chwilkę", zamamrotał niewyraźnie. Zaczął rosnąć, zmieniać kształt. Widywałam już wtedy Przemiany, ale to nie było nic podobnego. A raczej było, ale zarazem było całkowicie odmienne, było przeinaczeniem, kpiną z dającej siłę i grację Przemiany garou. Ten... Człowiek? Puchł przez chwilę, porastał łuskami, wykrzywiał się by po chwili osiągnąć rozmiary przeciętnego Księżyca w Pełni w postaci Crinos. Pod ramionami rozkwitała mu dość komicznie dyndająca błona, a z hienowatego pyska ciekła bladozielona ciecz skapując z sykiem na asfalt.
Największy pieprzony Tancerz, jakiego w życiu widziałam. Zieleń cieczy i róże poranka igrały na jego brudnoszarym futrze tworząc kakofonię barw i powodując że cały ten widok przyprawił mnie o solidne mdłości. Tancerz przykucnął przede mną chichocząc obleśnie, oblizując się i śliniąc bez ustanku. Przyczaił się przy ziemi, jakby gotując się do skoku i mamrotał coś do siebie z narastającym podnieceniem. Dopiero po chwili zauważyłam, że nie patrzy ju
ż na mnie, ale gdzieś ponad moim prawym ramieniem. Mimowolnie spojrzałam za siebie.
Na dachu parterowego magazynu siedział garou. Ale nie byle jaki. Tak, jak stwór przede mną był jakimś perwersyjnym, zdeformowanym żartem z tego co w darze Gai i Luny najpiękniejsze, to on... Był piękny. Ogromny, smukły Crinos, oślepiająco biały, emanujący wprost chwałą przeszłości i nieprzemijającym autorytetem. Dumny, podnosił głowę warcząc głucho na monstrum stojące już obok mnie. Poczułam jak Tancerz cisnął mną o ścianę magazynu. Osuwając się po niej i tracąc przytomność widziałam jeszcze tylko moment w którym garou skoczył Tancerzowi do gardła.
Ocknęłam się. Stał przede mną, wciąż tak samo piękny i dostojny, w oczach błysnęło mu coś na kształt jakiegoś nieutulonego żalu, niewyjawionej tęsknoty. Podawał mi sweter którego szukałam, a z całych jego przedramion ściekała krew. Chyba coś powiedziałam, być może przez gardło przecisnęły mi się słowa podziękowania, ale zaraz osunęłam się w pustkę. To chyba było za dużo emocji jak na jeden dzień w życiu szczenięcia.
Obudziłam się po jakiejś godzinie, ze swetrem w dłoniach. Pobiegłam czym prędzej do caernu. Nikt nie spytał o niewyraźne, jakby stare, ślady krwi na nim, a ja nikomu nie odważyłam się wspomnieć, że nie zdobyłam go sama.
* * *
- Tak, Ciernista - po chwili milczenia odezwał się Theurge - To rzeczywiście był ten sam garou. Imię, które podałaś, również jest prawdziwe, aczkolwiek nie jest jego pierwszym imieniem.
* * *
Garou ten pochodził z rodu uznawanego za jeden z najstarszych i najgodniejszych - ze Srebrnych Kłów. Cokolwiek by o nich dziś nie mówić, zasłużyli na swą niegdysiejszą chwałę. Jego Patronatem był Półksiężyc, był zatem Strażnikiem Praw i Sędzią. Będąc młodym garou nie piął się jednak w górę hierarchii rodowej, ale obrał za swą domenę niewielki wycinek miasta, nadany mu przez Starszych, po czym zamieszkał tam samotnie. Nie strzegł zazdrośnie swej domeny, ale dbał o nią, jak dobremu gospodarzowi przystało. Ziemia ta od razu zyskała miano bezpiecznej i wiele przejezdnych watah wybierało właśnie jego domenę na miejsce postoju.
Pewnego dnia jednak, na jego ziemi doszło do zwady. Trzy watahy, poróżnione poglądami na politykę wewnątrzplemienną, oraz sposób podziału łupów po ostatnim odwetowym rajdzie na wrogi obóz Władców Cieni, zaczęły sprzeczkę. Pan ziemi, wtedy jeszcze, od swego płomiennego wejrzenia i ognistego temperamentu, zwany Ogniem-W-Jego-Oczach, próbował załagodzić spór. Wtedy jednak, na nieszczęście ich wszystkich, gdzieś w tłumie, błysnął pochopnie dobyty Klaive.
Zadziałało to na niego jak zapalnik, rozbudzając w nim Szaleństwo Przodków. Przemieniwszy się błyskawicznie, ryknął wzbudzając trwogę wśród zgromadzonych. I wtedy spadła pierwsza głowa. Pierwsza z brzegu. Bestia zawładnęła Ogniem-W-Jego-Oczach, skrywając jego myśli krwawym całunem. Nieliczni spośród garou próbowali zdławić jego wściekłość, ci zginęli jako pierwsi. Kolejni już stawiali mu odpór, ale on, zabiwszy pół tuzina wojowników nadal parł do przodu, lekko tylko zraniony. Widok skąpanego we krwi Sędziego odebrał ochotę do obrony reszcie garou. On jednak, zaślepiony furią, rzucił się za nimi w szaleńczą pogoń ulicami miasta, nie zważając na coraz liczniejsze rany i znaczny już ubytek krwi. Garou za garou, wataha za watahą, dwa tuziny młodych silnych garou wszystkich plemion zginęło tego dnia z rąk oszalałego Sędziego. Wreszcie, wyczerpany ranami i krwotokiem, padł przy studni na Placu Targowym. Dopiero bliskość śmierci otrzeźwiła jego znękany umysł i pozwoliła mu zdać sobie sprawę z uczynionego zła. Skowyt lamentu, jaki z siebie wydał tamtej chwili, rozedrgał serca wszystkich dzwonów w świątyniach miasta.
Od tamtej pory, aż po dziś dzień, jego duch powraca by dopełnić obowiązku pilnowania swego terytorium i choćby spróbować wierną służbą zadośćuczynić morderstwu. W burzowe noce zaś, na dawnym Wzgórzu Zgromadzeń nieopodal miasta, widuje się widmową postać wilka brodzącą wśród mgły we krwi. Wilk wychodzi na szczyt Wzgórza i swym skowytem oznajmia swą obecność. Noce te zawsze są spokojne i żaden sługus Plugawca nie śmie pojawić się w okolicy.
* * *
- Taka jest prawdziwa historia Krwi-Na-Jego-Dłoniach - rzekł starzec - Filodoksa ze Srebrnych Kłów, znanego wcześniej jako Ogień-W-Jego-Oczach, wielkiego wojownika i niespokojnego ducha. Oby służba jego była Gai miła, aby przyjęła go do siebie, w dniach tych ostatnich...
* * *
Nad złomowiskiem uniósł się dźwięczny skowyt trzech gardeł, choć Cliath jeszcze przez wiele następnych dni zarzekał się, jakoby słyszał przyłączający się do nich czwarty głos, gdzieś od strony Placu Targowego...